Cierpliwość ze stali

Strony

  • Strona główna
  • O co biega?

marca 23, 2020

Jak zostałam złodziejem


      Opowiem wam dzisiaj jak zostałam złodziejem . Bo tak się składa, że ostatnio mamy trochę zbyt mało śmiesznych rzeczy, a ta historia jest całkiem zabawna.

     Zapnijcie pasy.

     Był piątek. Jestem tego prawie tak samo pewna, jak faktu, że wczoraj mój ojciec zjadł mi moją ostatnią porcję ciasta francuskiego, mimo iż zostawiłam w lodówce wyraźną wiadomość: "Chcesz żyć, daj żyć ciastu francuskiego". W każdym razie był piątek, jesienią zeszłego semestru. A ja byłam dobrą żoną. Tak to jest całkiem istotne w tej historii. Byłam dobrą żoną i obiecałam mojemu mężowi, że zdobędę dla niego pewien podręcznik akademicki. A trzeba wam wiedzieć, iż zdobycie takiego podręcznika jest czasem trudniejsze niż kradzież w głównym oddziale Santandera we Wrocławiu. Bardziej czasochłonne niż quest w Novigradzie. I wymaga zdolności uwodzenia starszych kobiet, co jest szczególnie wymagające jeśli sama jesteś dwudziestojednoletnią kobietą.

     W każdym razie poszłam do biblioteki. Tej miejskiej, bo ta uniwersytecka to jest zupełnie inny level, tamtejszych zbiorów strzegą południce.
     I ja sobie tak wchodzę do tej biblioteki, po dziesięciu minutach znajduję wreszcie odpowiedni regał. Po kolejnych dziesięciu widzę już właściwą sygnaturę. Za piętnaście minut przysięgam rozpierdolę to wszystko w pizdu, bo jak matkę kocham nie ma tej jebanej książki. A nie jednak jest. Dwie półki niżej, bo jakiś żartowniś przełożył ją sobie tak dla fanu. Biorę książkę... Wróć. Cegłę, do ręki i zmierzam do biurka przy którym siedzi najprawdziwsza w świecie Pani Halinka. W szarym wełnianym swetrze i okularach ze sznurkiem. (Naprawdę ten sznurek przy okularach to jest zbrodnia, wiem bo sama mam na nosie jedną parę.) Ale idę, dzielnie kładę książkę na biurko i podaję Pani kartę. Nie moją, mojego męża, bo na mojej jest już reszta podręczników akademickich i nikt nie słucha kiedy mówię że pięć książek możliwych do wypożyczenia za jednym zamachem to jest śmiech.
      Pani podkłada kartę pod czytnik i patrzy. Patrzy na mnie, niezwykle wnikliwie, zastanawiając się, czy istnieje możliwość, że mam na imię Artur. Czy jestem niezwykle atrakcyjnym transwestytą? Czy może jednak kobietą z cudzą kartą biblioteczną?
Konsternacja.
      Ten świat jest już tak dziwny, że przecież wszystko może być możliwe. Ale w końcu wygrywa opcja numer dwa i Halinka pyta: Skąd ma Pani tę kartę? Na co ja mówię, że to jest karta mojego męża, a jako iż jestem dobrą żoną, wyręczam go w tym obowiązku jakim jest zdobywanie podręczników akademickich. I wszystko fajnie, tylko Pani mi nie uwierzyła. Zamiast tego zaczęła pytać gdzie znalazłam tę kartę, albo jak ją ukradłam. W tym momencie zrodził mi się w głowie pomysł, że może by tak krzyknąć, że to ja jestem Artur i tak naprawdę to nie mam męża. Ale w następnej chwili Halinka zaczęła mi grozić policją, więc zrobiło się poważnie.
      Ja rzecz jasna powiedziałam, że mogę zadzwonić do męża i on jej powie prawdę. Na co odparła mi, że to może być mój wspólnik. Tak. Bo generalnie do kradzieży kat bibliotecznych potrzeba zorganizowanej grupy przestępczej. Koniec z przemycaniem koksu przez granicę z Białorusią, czas masowo wypożyczać książki z MBP.
      No więc ja stoję i nie wiem co mam powiedzieć, bo ta sytuacja zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do granicy absurdu. Na całe szczęście w tym właśnie momencie do Halinki podeszła inna Pani, która obsługiwała mnie już wcześniej i co więcej widziała mnie razem z moim mężem. Poza tym chyba uświadomiła koleżance, że żadna, nawet najgorliwsza policja nie zajmie się sprawą skradzionej karty bibliotecznej.

      Tak oto wyszłam z biblioteki, trzymając pod pachą upragnioną książkę i z przeświadczeniem, że w podłodze tego budynku musi być azbest.
Czytaj więcej »
on marca 23, 2020 0
Podziel się!
Etykiety:
Człowiek-Świat, Dziennik wariata
Nowsze posty
Starsze posty

marca 16, 2020

Dzień przed końcem...



      Był wtorek. Najzwyczajniejszy w świcie. No może poza tymi wszystkimi karetkami, które słyszeliśmy na każdym kroku, poza niepokojącymi doniesieniami z kraju i świata, które od paru miesięcy widzieliśmy włączając telewizor. Nie licząc tego wszystkiego był normalny wtorek. Obudziłam się tego dnia jak zwykle, obok mojego męża, wstałam wcześnie mając na 9:00 zajęcia, zjadłam na śniadanie to co zwykle i tak jak zazwyczaj wsiadłam do 144, by dojechać na Uniwersytet. A potem wróciłam z zajęć. Wiedząc, że na razie nic z nich nie będzie.

      Chyba wszyscy dowiedzieli się zaraz po 13:00, a potem wszystko zaczęło być inne. Zmartwiłam się, parę ludzi z roku też. Parę niezbyt. Ale większość z nas postanowiła wracać do domu. Pamiętam, że ludzie z bloku zaczęli wyjeżdżać na zakupy, wracali dwie godziny później zaopatrzeni w jedzenie i papier toaletowy. My też wyglądaliśmy chyba jak uchodźcy, pakując się następnego dnia rano do samochodu i uciekając z Wrocławia. Nie bałam się wtedy. Teraz chyba też się nie boję. O siebie. Boję się trochę o moich dziadków, trochę o rodziców. A trochę o męża, bo okazało się że każde z nas wylądowało w swoim rodzinnym domu bez możliwości przeniesienia. Przynajmniej na razie.

     I takich ludzi jest więcej. Zamkniętych w znacznie mniejszych mieszkaniach i czekających. Aż to wszystko zwyczajnie się skończy. I pewnie się skończy, może za tydzień, może za dwa, może miesiąc. Kto wie. Ale chyba nic nie będzie już takie samo. Przynajmniej na razie.

     Dlatego zastawiam się czy za dziesięć lat będziemy pamiętać ten wtorek, kiedy rano wszystko jeszcze było w porządku, a popołudniu wszystko poszło w pizdu. I kiedy leżąc wieczorem w łóżku starałam się zapamiętać wszystko, od koloru lampek rozświecających ciemność pokoju, aż po zapach pościeli, nie myślałam, że będzie to coś, co jeszcze utrzyma mnie w jednym miejscu.

      Podobnie jak wszyscy chciałabym, cofnąć czas. Gdzieś do do momentu, w którym wszystko było jeszcze dobrze. W którym nie bałam się aż tyle i aż tyle nie tęskniłam. Co prawda martwiłam się o inne rzeczy. O nieco głupsze niż teraz, bo mrówki w kuchni przestały mi przeszkadzać.
Brakuje mi przede wszystkim ciebie skarbie. I pewnie nie jestem jedyna. Pewnie jest więcej ludzi, którym brakuje teraz ich drugich połówek. Mam nadzieję, że przynajmniej tak jak ja mieliście bardzo miły dzień, zanim to wszystko się zaczęło. 
Czytaj więcej »
on marca 16, 2020 0
Podziel się!
Etykiety:
Dziennik wariata
Nowsze posty
Starsze posty

lutego 28, 2020

Małe Kobietki


      Z pewnymi książkami jest tak, że jeśli nie czytasz ich w odpowiednim wieku ich magia zanika, a świat, który tak barwnie przedstawiają, blaknie. Być może za sprawą tego, że dorastamy. Ale są też takie książki, które niezależnie od wieku niosą z sobą pewną dozę magii i uniwersalnego przesłania, przynoszącego młodym umysłom inspirację, tym starszym nieco nostalgii i tęsknoty za dzieciństwem. I mniej więcej tak właśnie było ze mną i z "Małymi Kobietkami".

      Czytając ją jako nastolatka nie wyciągnęłam z niej zbyt wiele, może dlatego, że wówczas dużo bardziej pochłaniały mnie magiczne światy Tolkiena, aniżeli subtelna opowieść o czterech dorastających dziewczętach. I w zasadzie dopiero teraz, mając na karku ponad dwadzieścia lat w pełni doceniłam intymność oraz piękno historii przedstawionej przez Louise May Alcott. Prawdę mówiąc pokochałam je wszystkie: porywczą Jo, która nigdy nie chciałaby dorosnąć, ułożoną Meg, która czasem chciałaby być kimś innym, cichą i spokojną Beth, której nie da się nie kochać - zwyczajnie. Ach tak jest jeszcze mała Amy. Amy, która na początku niezwykle mnie denerwowała, ale to ona ostatecznie przechodzi chyba największą przemianę. Aczkolwiek to nie przemiana z dziewczynki w kobiety zachwyciła mnie najbardziej. Bo "Małe Kobietki", to przede wszystkim opowieść o dzieciństwie, o sile dziecięcej wyobraźni, o kreatywności i marzeniach, wreszcie o przyjaźni, rodzinie oraz miłości.

      Zdaje się, że kiedyś jej nie doceniłam, teraz przywiązuję do niej coraz większe znaczenie, a książka L.M. Alcott od pierwszej do ostatniej strony przesiąknięta jest właśnie miłością. A także jej konsekwencjami. To właśnie dzięki miłości uśmiechamy się i śmiejemy, gdy śmieją się nasze bohaterki. I to dzięki niej płaczemy i obawiamy się, tak jak Joey z "Friends", który w trzynastym odcinku trzeciego sezonu, wsadza książkę do zamrażarki, z obawy przed tym co za chwilę się wydarzy. Ale nie ważne czy pod sam koniec spełnią się nasze najskrytsze obawy, czy też nie, ostatecznie "Małe kobietki" zapadają w pamięć jako niezwykle ciepła historia. W moim przypadku nieco nostalgiczna i niosąca refleksję na temat dzieciństwa. Nie tylko tego z kiedyś, które należało również do mnie, ale przede wszystkim tego z teraz, które rzadko kiedy należy już całkowicie do dzieci - zwyczajnie.

     Więc osobiście nie polecałabym tej opowieści dzieciom, chyba zawsze będą wolały historie nieco bardziej ekscytujące. Natomiast niewątpliwie poleciłabym ją rodzicom, żeby gdzieś tam odnaleźli w sobie dziecko, które podobnie jak bohaterki miało kiedyś swój własny świat. Cały, jedynie dla siebie.
      
     
Czytaj więcej »
on lutego 28, 2020 0
Podziel się!
Etykiety:
co ja czytam
Nowsze posty
Starsze posty

lutego 01, 2020

Koala

      Wyproszono mnie z rodzinnego miasta, żebym poszła na studia, a w konsekwencji tych studiów napisała pracę o pewnym szwajcarskim autorze, który parę lat wcześniej, poszukał wygodnej niecki w literaturze, by następnie swoim czytelnikom zaserwować powieść o samobójstwie, a samemu ustrzelić kilka nieprzeciętnych nagród. W kawalerce, położonej na drugim piętrze zwyczajnego, wrocławskiego bloku z 2002 roku, w niezbyt okazałym pokoju, o całkiem przystępnych kremowych ścianach, miałam sformułować i zapisać kilka myśli na temat tego człowieka i jego dzieła, a że miasto jest spore i lokale zamykane są późno, istniało wiele pokus, by ta praca nie została ukończona na czas. Tak więc, pewnego styczniowego wieczora postanowiłam zagłębić się w świat głównego bohatera. Bohatera, który został zaproszony do rodzinnego miasta, żeby wygłosić odczyt o pewnym niemieckim autorze. A jako, że jego miasto było niewielkie i lokale zamykano dość wcześnie, już koło szóstej wieczorem udał się żeby coś zjeść i przy okazji, po raz ostatni spotkać się z bratem. Bohater nie sądził, że kolejna wizyta w rzeczonym mieście nastąpi tak szybko i że znów będzie ona dotyczyć samobójstwa. Tym razem jednak nie miało to być samobójstwo Henricha von Kleista.

      Samobójca, którego odnaleziono w wannie i który wcześniej skrupulatnie sporządził swoją ostatnią wolę, nie był ani pisarzem, ani dramaturgiem, ani poetą, a najpospolitszym w świecie pracownikiem noclegowni. Zwyczajnym człowiekiem, który pewnego zwyczajnego dnia, postanowił zakończyć swoje zwyczajne życie. Również zwyczajnie, bo bez zbędnego bólu i zamieszania. Można by rzec, że całkiem praktycznie. Wiadomo było tyle, że czasem lubił grywać w karty, jeździł na osobliwym niebieskim rowerze, miał dwójkę przyjaciół i brata, który nie uważał się za zwyczajnego. A zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że był nieco pretensjonalny. I ten właśnie brat, będący lustrzanym odbiciem brata samobójcy, na kilka godzin stał się moim narratorem w historii o dziwnym stworzeniu. Z jednej strony widziałam w tej opowieści człowieka, któremu nadano pewne cechy zwierzęcia, będącego jego totemem. Z drugiej dostrzegłam zwierzę, które ktoś kiedyś postanowił uczłowieczyć. Koala, bo takie imię rzeczony stwór nosi, nigdy już chyba nie będzie postrzegany przeze mnie jako niewinny, puchaty torbacz, uczepiony drzewa, zatopiony w swej wielogodzinnej drzemce. I szczerze mówiąc nie wiem, czy powinnam być za to wdzięczna autorowi, czy też nie.

      W każdym razie „Koala” nie tyle jest dla mnie opowieścią o samym akcie samobójstwa, co raczej o pewnej ucieczce. Uciekają wszyscy bohaterowie, nie ważne czy jest to ucieczka, od przeszłości, rodzinnego miasta, wzajemnych więzów pokrewieństwa, niezręcznej sytuacji rodzinnej, od zobowiązań i wspomnień. Nie istotne czy ucieka się od kłopotliwego tematu, by przejść do następnego, który również opowiada o ludziach uciekających statkami z północy na południe, nie do końca świadomych tego, że uciekają. Nie ma znaczenia czy uciekasz od odpowiedzialności, strachu, czy wreszcie od życia. Wychodzi na to, że każdy ucieka. A samobójstwo? Stanowi jedynie kolejną drogę tej ucieczki. Co więcej Lukas Barfuss zauważa, że jest ono jedyną logiczną drogą, ku całkowitemu spokojowi.

       Problem polega na tym, że nie traktujemy samobójstwa jako ''legalnej'' ucieczki. Wolno nam zbaczać z tematu, zapominać, docierać do celu okrężną drogą, ale według głównego bohatera, to czego nie wybacza się samobójcom, to ostateczne i nieodwołalne wymówienie się od pracy. Pracować musi każdy. To przeświadczenie jest jak fundament, jak myśl o jakimś większym absolucie, głęboko zakorzeniona w naszych umysłach. Bez pracy nie ma życia. Nie ma pieniędzy, nie ma chleba, dachu nad głową, pozycji społecznej, miłości i szczęścia. Wreszcie nie ma bezpieczeństwa. Lenistwo zaś jest nie do przyjęcia. Działa jak korozja, psuje i podważa to co ugruntowane. Zasadza się na podwaliny uczciwej pracy, która przecież dzięki ambicji wyzwoliła człowieka od strachu. Człowiek uczynił świat miejscem pracy, okiełznał go z jej pomocą. Praca pozwala na zapomnienie, na poczucie celu, stwarza wrażenie istnienia ''po coś''. Lenistwo przypomina te czasy, w których jednostka zobojętniała na wszystkie zjawiska, nie widziała powodu by porównywać obecne z przyszłym, by walczyć. A jak wiadomo, co nie walczy, temu nie wolno żyć.

       Samobójstwo natomiast niewyobrażalnie wyolbrzymia skalę lenistwa, które w swej zachłanności nie obejmuje już tylko naszych porannych ćwiczeń, czy pracy w biurze, ale zaczyna, pochłaniać najprostsze czynności życiowe, które w pewnym momencie stają się dla człowieka niemożliwe w realizacji.

      Ono nie było zaraźliwe jak choroba, było przekonujące jak logiczny argument. Kłamstwem było twierdzenie, że nie rozumiano samobójców, wręcz przeciwnie. Każdy rozumiał ich aż za dobrze. Pytanie nie brzmiało bowiem: dlaczego się zabił? Pytanie brzmiało: dlaczego wy jesteście jeszcze przy życiu? Dlaczego nie skrócicie tego znoju? Dlaczego nie weźmiecie teraz zaraz sznura, trucizny, czy pistoletu, dlaczego nie otworzycie okna, teraz zaraz?

       I może dlatego właśnie, jak pisze Barfuss, ludzie nowocześni nienawidzili koali, tak samo jak pierwsi myśliwi, którzy oskarżyli najbardziej leniwe ze wszystkich zwierząt o największą złośliwość, jaką jest kradzież wody, w świecie w którym jej brak. Krnąbrny zwierzak przez te wszystkie stulecia, bezczelnie spoglądał ze swojej wygodnej kryjówki, na ciężko harujących ludzi. Uosabiał wszystko to, czego pragnęli, a na co musieli zapracować. Bezmiaru pożywienia, braku uporczywego pragnienia, wygodnego legowiska i wielogodzinnej drzemki.

      Koala nie posiadał ambicji by ryć pługiem w ziemi, siać i zbierać rośliny, by gonić za bydłem, wyłapywać je, a następnie zamykać w zagrodach. Nie pragnął władzy, ziemi, cudzej żony, dostojeństwa, czy też sławy. Nie sądzę by kiedykolwiek pragnął też pieniędzy. Jego jedynym pragnieniem był sen z pełnym brzuchem, co przychodziło mu z zaskakującą łatwością. Koala była jak hipis, leniwy, nieprzydatny, i wiecznie skupiony na swoim zielsku. Nikomu nie wadził, ale nikomu też nie pomagał. Egzystował gdzieś na granicy życia, o dziwo przeżywając jakoś kolejne wieki w swej niezmierzonej stagnacji. Dlatego też niedopuszczalnym było, by zwierzę to pozostało w swym niezmienionym kształcie, zachowując wizerunek błogiego lenia. Ludzkość obdarzyła go nowymi cechami.

      Uczyniono ze zwierzęcia milutką postać z opowiadania dla dzieci, nałożono mu kraciaste spodnie, zawiązano muchę wokół szyi, na głowę wsadzono słomiany kapelusz. Z laseczką w ręku zwierzę nabrało cech ludzkich, odczuwało pragnienie poznawania świata, przeżywania przygód, prowadzenia życia, zawierania przyjaźni. W takiej postaci zwierzę zyskało prawo do życia…

      Wypleniając ze świata ostatnią cząstkę lenistwa, zamieniwszy ją w puchatą kulkę z ogrodów zoologicznych, miękką przytulankę, człowiek położył się spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, by następnego dnia wstać wcześnie i pójść do pracy. Gdy o ósmej rano, z kawą w ręku przechodził przez pasy i wjeżdżał na czwarte piętro swojego wieżowca, odetchnął z ulgą, wiedząc że tym razem nikt się już nie obija. A przynajmniej wszyscy są o tym przekonani. Rzucił uprzejme: „Dzień dobry”, Pani Helence z recepcji i zasiadając przy swoim biurku mógł podziwiać jak gospodarka, napędzana przez pracę i konsumpcyjne życie kwitnie w najlepsze.

      Ostatecznie tym właśnie jest „Koala” - krytyką konsumpcjonizmu, z jednym prostym przepisem na ostateczną ucieczkę. Z którego większość z nas boi się skorzystać, a ci którzy korzystają zostają wyklęci. Nie ma dla nich dobrego słowa na koniec, ich szczątek nie przyjmuje żaden cmentarz, nigdy nie będą spoczywać w pokoju. Nie zagrzeją miejsca ani w wieczności, ani w chaosie, czy absolucie, jedyne co im pozostaje to powrót do natury. Nie jako człowiek, a jako zwierzę, które odmówiło pracy.

      Czytając szczególnie ostatnie strony, przypomniał mi się pewien brytyjski aktor/reżyser, który w swym charakterystycznym meloniku i zbyt dużych butach przekazywał w filmach coś więcej prócz śmiechu. Tworząc w 1936 roku „Dzisiejsze czasy” nie sądził, że osiemdziesiąt trzy lata później, nadal będą dzisiejsze. Ukazując historię człowieka, pracującego na linii produkcyjnej, którego system stopniowo doprowadza do szaleństwa, za pomocą najprostszych gagów i zabiegów rodem z kabaretu, obnażył prawdziwą naturę konsumpcjonizmu. Podważył jego zasady i sposób funkcjonowania, wcielając się w bohatera który wraz z ukochaną ucieka od szarej rzeczywistości, odchodząc ku zachodzącemu słońcu. Mniej więcej tak samo jak każdy z nas chciałby czasem uciec. Nie tylko po to, by wyspać się porządnie, lub wygrzać w słońcu, ale po to, aby wreszcie poczuć wolność.

      Odpowiedź na pytanie: czy samobójstwo daje tą wolność, czy wręcz przeciwnie - ogranicza, jest rzeczą tak trudną do stwierdzenia, jak określenie konkretnej daty końca wszechświata i zawsze znajdzie się ktoś, kto z tej dyskusji wyjdzie niezadowolony, trzaskając drzwiami. Lukas Barfuss zdaje się sądzić, że jest to zawsze jakaś droga, nawet czasem droga całkiem logiczna. A jednak o to samo niewątpliwie można by zapytać teologa, który powie, że jest to ostateczne odcięcie sobie drogi dokądkolwiek. Tak więc orzeczenie o wartości samobójstwa zależy od pewnych poglądów i w zależności od tego, do kogo skierujemy to pytanie, odpowiedź na nie może odznaczać się skrajną różnorodnością. Niewątpliwie jest ono jednak problemem który nie do końca rozumiemy, a co za tym idzie nie podlega on też w pełni naszej akceptacji. Istnieje podobnie jak kiedyś sam Koala, gdzieś na pograniczu naszej egzystencji. I być może wystarczy tylko poczekać na to, aż pewnego dnia ktoś postanowi zmienić jego wizerunek.

*
Barfuss L., Koala, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2017.
Czytaj więcej »
on lutego 01, 2020 0
Podziel się!
Etykiety:
co ja czytam, Człowiek-Świat
Nowsze posty
Starsze posty

stycznia 15, 2020

Kwestia lat

      Dla tych, którzy kiedyś się zastanawiali... Kończąc 21 lat nadal czujesz się jak wtedy, gdy masz 20. Nikt nie daje ci tyle ile masz, wyglądasz może na 16. Chyba, że gdzieś tam w akcie rozpaczliwej potrzeby pomalujesz usta na czerwono. Tylko, że takich chwil, w których możesz to zrobić nie jest specjalnie dużo. Nie zawsze wypada. A przede wszystkim, masz ważniejsze rzeczy na głowie niż szminka w krwisto czerwonym odcieniu, dzięki której będziesz wyglądać jak milion dolarów. Brak ci czasu na medytację, na to by coś narysować, by napisać cokolwiek. Jesteś zmęczona. Nie tak jakbyś kończyła 21, a 31 lat.

      Czasem tak jest, że masz trochę zbyt dużo na głowie. Sesja była ciężka zawsze nie tylko teraz, ale te dwa semestry wstecz również. Jednak ta wydaje ci się cięższa niż dotychczas. Może dlatego, że to nie jest już tylko twoja sesja.

      Masz dom. Na szczęście nie masz jeszcze pracy, dzieci i kredytu, bo byś zwariowała. Jesteś wielozadaniowa. Jednocześnie sprzątasz, gotujesz i uczysz się. Ale zawsze mogło być gorzej. Przynajmniej teraz jesteś już zdrowa. Zdrowa? Więc dlaczego, niemal każdego wieczora kładziesz się spać ze ściśniętym sercem i klatką piersiową, która nie może wziąć pełnego oddechu? Dlaczego dusisz się siedząc na kolejnych zajęciach albo jadąc autobusem. Ale tak naprawdę nikt tego nie widzi. Dusisz się tylko w swojej głowie, martwiąc się o terminy kolejnych zaliczeń i brudne naczynia w zlewie.

     I zastanawiasz się, gdzie był ten czas z liceum, kiedy mogłeś czuć się bezpiecznie. Mrówki w kuchni nie były twoim problemem, tylko twojej mamy. Mój boże jak bardzo jej wtedy nie rozumiałaś... Mogłaś spać spokojnie wiedząc, że ktoś cię obudzi rano, delikatnie pukając do twoich drzwi. Owszem martwiłaś się o testy i o egzaminy, i nigdy nie było czasu na serial, czy dobrą książkę, a jednak obiad zawsze czekał w domu. I to nie ty musiałaś go robić. Chciałabym zapytać, gdzie podział się ten czas, ale przecież wiadomo, że uciekł i już nie wróci.

      Mam wrażenie, że wiek wymyka się jakoś naszemu pojmowaniu. Nie tylko nie mamy nad nim kontroli, tak jak nie mamy jej nad przemijającym czasem. Jednak liczba lat jeszcze bardziej przecieka nam przez palce. Stojąc cały czas w jednym miejscu, nie zauważamy jak ktoś delikatnie przesuwa nas po planszy, a my bezwiednie się temu poddajemy. Najpierw nie czujemy się zbyt dojrzali, pragnąc tej dojrzałości, osiągając ją zastanawiamy się gdzie podziała się beztroska liceum...
Można powiedzieć, że jest owszem. Tylko nie w styczniu i nie w czerwcu.

      Wcześniej miałaś tort, prezenty i przyjęcie wypełnione irytującą rodziną. Dziś masz szybkie życzenia, rzucone w biegu między kolejnymi zajęciami. Drobne prezenty od przyjaciół, którym jesteś wdzięczna, że nie zapomnieli. I jedną woskową świeczkę, którą samotnie zdmuchujesz wieczorem, zastanawiając się czemu, lub komu tym razem ofiarować swoje jedyne życzenie?

     W tym roku nie mogłam się zdecydować. Chciałabym chyba zbyt wiele. Zbyt wiele spokoju i ciszy. Zbyt wiele zdrowia i szczęścia. Zbyt dużo odwagi i siły. Zbyt wiele czasu. Dla siebie. Czasu, w którym wcale nie musiałabym być dorosła. W którym ktoś o mnie pomyśli, tak samo jak ja myślę o innych. Gdzie będę miała pewność, że nawet gdy jestem chora, jest ktoś kto się mną zajmie, i nie będę się wtedy czuła bezużyteczna. Chciałabym czasu, w którym mogłabym płakać głośno, godzinę lub dwie, wylewając swoje emocje i wycierając je w chusteczki, które później spalę. Takiego, który pozwoli mi na dokończenie książki, nie tylko tej czyjejś, lub na najprostsze zadbanie o siebie.

     Wreszcie marzę o czasie w którym będzie trochę mniej problemów i strachu, a trochę więcej uśmiechu i ciepła. I tyle snu w ramionach mojego męża, ile tylko zapragnę.

Czytaj więcej »
on stycznia 15, 2020 0
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

grudnia 23, 2019

Święta trochę inne

      W tym roku nie przewidziałam jednej rzeczy. Mianowicie, że w Święta mogę być chora i większą ich część będę musiała spędzić w łóżku. Że zamiast pieczenia pierników, będę nudzić się siedząc pod kołdrą, a zabiegana rodzina nie będzie miała zbyt wiele czasu na pogawędki. Nie przewidziałam, porannej wizyty w przychodni, ani tego, że przyjdzie mi pochorować troszkę dłużej niż początkowo zamierzała. Ani tego, że siedząc któryś dzień w czterech ścianach swojego pokoju człowiek może się czuć nieco samotny. Bo może.

      Zazwyczaj moje Boże narodzenie było głośne i wypełnione ludźmi. Były to wspólne przygotowania, pieczenie ciast i pierników. W tym roku nie mogę zjeść pierników. Nie mogę tknąć czekoladowego ciasta mojej mamy. A ciastka z mąki ryżowej i glukozy nigdy nie będą takie same jak te upieczone na mące pszennej i cukrze, nie oszukujmy się. Tak jakby nie jest idealnie. Nie jest nawet tak jak powinno by być. Nie tak jak planowałam, czy zakładałam. Jest trochę mniej magii, trochę więcej zmartwień i odrobina rozczarowania.

      Na szczęście jest jeszcze ciepła herbata, koc, pluszowy rekin z Ikei, który sam w sobie jest memem, dobra książka, serial który trzeba nadrobić. I mój tata, który łaził po domu z rurą od prysznica udając, że jest rycerzem Jedi, przy okazji robiąc: SZZZZZ KSZZZZZ KSSSSSZZZZZ. Jest jeszcze mój brat, który dziś przyszedł do mnie z rozrysowanym schematem zagięcia czasoprzestrzennego, mając zamiar przetestować go w warunkach domowych. Dzięki czemu przez chwilę poczułam się ważna, zapobiegając niechybnej utracie prądu, oraz być może udaremniając zagładę świata poprzez niewielkie rozdarcie w czasoprzestrzeni. Brat odszedł rozczarowany, że nie będzie miał swojej własnej czarnej dziury w pokoju, ale ludzkość może pożyje jeszcze kilka lat. Do czasu aż pewien akcelerator kwantowy, budowany w moim garażu nie wybuchnie.

      Do tego czasu korzystajcie z czego tylko możecie. Wiem, że nie ma śniegu i w tym roku nie wszystkim Mikołaj przyniesie to, co sobie akurat wymarzyli, ale jeśli macie w kuchni pierniki i możecie je zjeść, zróbcie to koniecznie. Jeśli macie przy sobie akurat bliskich, przytulcie najmocniej jak umiecie. Jeśli jest obok ktoś, kogo chcielibyście pocałować, nie ma na co czekać. Nigdy nie wiadomo, kiedy mój brat wywoła katastrofę na skalę ogólnie światową więc cieszcie się wspólnie spędzonym czasem.
Czytaj więcej »
on grudnia 23, 2019 0
Podziel się!
Etykiety:
Człowiek-Świat, Dziennik wariata
Nowsze posty
Starsze posty

grudnia 19, 2019

Nobel dla Olgi Tokarczuk

      Temat Nobla dla Olgi Tokarczuk jest jak wigilijny karp (w nawiązaniu do przedświątecznego okresu w jakim się obecnie znajdujemy). Jedni go lubią, inni twierdzą, że śmierdzi szlamem, a jeszcze czasem staje ością w gardle, więc trzeba uważać. Niewątpliwie jest to temat, który dzieli polaków: na tych w których żyłach płynie krew biało-czerwona, i na lewicę, oraz tych, którzy niewątpliwie gdzieś w dalekiej rodzinie posiadają wujka Abrahama. I w ciągu kolejnych miesięcy mogliśmy obserwować jak jedno proste zdanie: "Nobel dla Polski", zdążyło wyewoluować w: " Olga T. finansowana przez handlarza dynamitem".*

*Alfred Bernhard Nobel - szwedzki przemysłowiec, naukowiec, wynalazca dynamitu, fundator Nagrody Nobla.

      Sama informacja o przyznanej nagrodzie obiegła Polskę na początku października. Początkowo nastąpiło pewne zachłyśnięcie w efekcie czego, każdy pragnął zdobyć zdjęcie z Olgą, jej autograf, albo chociaż bilet na spotkanie. Przy czym kolejka po bilety była dłuższa od "Ksiąg Jakubowych". Tokarczuk patrzyła na nas zewsząd. Jej przenikliwe spojrzenie dopadało nas w środkach komunikacji miejskiej, patrzyło z pobliskich bilbordów, lustrowało, gdy czekałeś na przystanku. We wszystkich księgarniach na nowo pojawiły się wszystkie jej książki, a te w Empiku miały nawet specjalną naklejkę: THE NOBEL PRIZE 2018. Pani Olga dołączyła do naszej corocznej listy literatury, którą mamy zamiar przeczytać, a na którą nigdy nie starcza nam czasu, a ten kto miał po drodze urodziny babci, dziadka, mamy, taty, czy wujka Abrahama z pewnością kupił Tokarczuk w prezencie.

      I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że kiedyś dzwoni do mnie moja babcia, całkowicie zbulwersowana, i zaczyna mi opowiadać o tym Noblu, że tak naprawdę to on został przyznany przez Żydów!
- Babciu co ty opowiadasz? - pytam.
- Przez Żydów dziecko! ŻYDÓW!
Wtedy to przekonałam się, że moją rodzinę w znacznej większości cechuje antysemityzm. A cechuje ją dlatego, bo stryjeczny wujek mojej prababki, kiedyś, przed wojną jeszcze, nawet nie tą drugą, a pierwszą, przez jednego Żyda lichwiarza stracił cały majątek szlachecki. Choć ja osobiście uważam, że to przez własną głupotę i picie. Ale co ja tam wiem. Młoda jestem i lepiej żebym się nie odzywała.

      Więc funkcjonuje tak dziwne przeświadczenie, że Nobel dla Olgi Tokarczuk nie tylko jest niezasłużony, to byłby pryszcz, ale że jest to w pełni zakonspirowany spisek środowisk judaistycznych, które w swych małych łapkach trzymają cały świat. Gros nienawiści wylał się na Twitterze. Marcin Rola ogłasza wielkie zwycięstwo antywartości. Magdalena Paczuska twierdzi, że Nobel został przyznany jedynie ze względu na antypolską narrację Tygodnik "Solidarność", zaznacza, że autorka, która pisze o Polakach jako "mordercach Żydów" nie może się nazywać "obrończynią demokracji". Arkadiusz Mularczyk chciałby, by przedstawiciele Szwedzkiej Akademii przeprosili Polaków za potop szwedzki. A Jacek Piekara dzieli się spostrzeżeniem, że większy literacki sukces odniósł Sapkowski. Ktoś tam jeszcze po drodze wyciągnął na światło dzienne stare zdjęcie autorki, jak przy ognisku piecze kiełbasę, to tak w nawiązaniu do jej rzekomego wegetarianizmu.
Ach zapomniałabym jeszcze o tej sytuacji, w której to cały senat głosował za uhonorowaniem Olgi Tokarczuk, jako laureatki nagrody Nobla. Cały? Nie! Jeden, jedyny obóz dzielnie odpierał ataki "polakożerczyni". Tak właśnie, o Pani Oldze. raczył się wyrazić były senator PiS, Waldemar Bonkowski.

      Można było przewidywać że ta swoista feta nienawiści zakończy się dziesiątego grudnia,  wraz z odebraniem rzeczonej narody. Niestety przemówienie wygłoszone przez autorkę na nowo rozpaliło serca Polaków po obu stronach barykady. I na razie nie widać na horyzoncie jakiegoś wyraźnego znaku by dyskusja na temat polskiego Nobla miała się zakończyć. Nie jeden wigilijny stół w tym roku może stać się areną politycznych przepychanek na barszcz i grzybową, lub zaciekłych dyskusji zwieńczonych widowiskową walką na krzesła. A wszystko zapoczątkowała pozornie radosna informacja o pewnej nagrodzie, dla pewnej pisarki z dredami.
Czytaj więcej »
on grudnia 19, 2019 0
Podziel się!
Etykiety:
Człowiek-Świat
Nowsze posty
Starsze posty

grudnia 13, 2019

Świąteczny powrót zabieganego studenta

     
      Powiedzmy sobie szczerze, że grudzień nie jest jakimś szczególnie radosnym czasem dla większości studentów. Bynajmniej tych z mojego kierunku i roku. Zbyt wiele zaliczeń i zbyt mało czasu na radość z nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. Ale tak czasem się zdarza, że gdy akurat rozmyślasz na jaki kolor ubrać tegoroczną choinkę, do twojej głowy dobija się myśl, że masz przed sobą trzy referaty i pracę pisemną do zaliczenia przed dwudziestym grudnia. Czekoladek z kalendarza adwentowego nie możesz zbytnio jeść, świąteczna playlista z przed dwóch lat prosi się o uaktualnienie, jarmark na rynku Wrocławia coraz bardziej zaczyna wkurzać: bo jest drogo i mnóstwo Romów, którzy próbują ci wcisnąć jakieś badziewie, kiedy akurat nie masz pieniędzy bo twoje konto bankowe nie widziało jeszcze stypendium naukowego. A i jest jeszcze czas. Który w tym roku postanowił wyjechać na wakacje na drugą półkulę, akurat gdy najbardziej go potrzebujesz.
      Można by pomyśleć, że mój duch świąt umarł śmiercią naturalną. Zapewniam jednak, że trzyma się całkiem nieźle. W ferworze walki o dobre oceny, gdzieś tam po drodze udało mi się przywieźć z domu świąteczny sweter, kupić prezenty dla całej rodziny, ususzyć pomarańcze, zrobić kartki z życzeniami, a nawet ubrać niewielką, acz niezwykle uroczą choinkę. Na winylu lecą kolędy, herbata ma smak imbiru, a ja planuję kilka rzeczy na nadchodzący tydzień.
      Począwszy od ubrań w kolorze czerwonym na każdy dzień, przez kolorowe girlandy, pieczenie ciastek, aż do oglądania świątecznych odcinków seriali. Oczywiście zaraz po tym jak ogarnę ostatnie zaliczenia. Mam nadzieję, że wasze dni są nieco mniej zabiegane, że magazynujecie siły na przedświąteczne porządki nadzorowane przez mamy, że nie czekacie z kupowaniem prezentów na ostatnią chwilę i macie dostatecznie dużo czasu by zjeść te pierniki od babci, co to leżą w kuchni od niedzieli.
      Ze swojej strony, życzę wam miłych przygotowań, więcej czasu, na cieszenie się atmosferą nadchodzących świąt i świętego spokoju.
      BYLE DO PIĄTKU!
Czytaj więcej »
on grudnia 13, 2019 0
Podziel się!
Etykiety:
Dziennik wariata
Nowsze posty
Starsze posty

listopada 21, 2019

"Jana Pawła II, człowiek wpadł pod tramwaj"

 

      Z komunikacją miejską jest tak, że my idziemy. Idziemy dość szybko. Na tyle szybko, by nie rozglądać się na boki, nie oglądać się na nikogo. Potem wsiadamy. Również szybko. Tak, by niczego nie opóźniać. Bo przecież wszyscy się spieszą. Podobnie jak my.
Wsiadamy trzymając się tego, co popadnie. Wszystko rusza, a my patrzymy wszędzie, tylko nie w oczy. Nie możesz spojrzeć w oczy, to nietaktowne, krępujące, dla Ciebie i dla tej drugiej osoby. Więc nawet, gdy jest pełno ludzi, wszyscy starają się patrzeć przez okno.
      Tylko dzieci patrzą prosto w oczy. Jakby jeszcze nikt nie nakarmił ich lękiem przed dostrzeżeniem drugiego człowieka. Nie boją się patrzeć, czasem nawet pytać, czy potrącić Cię lekko. Są odważne. Moim zdaniem odważniejsze niż większość z nas.
A potem karcone prze matki, wysiadają o przystanek, czy dwa wcześniej. I nagle nie masz już obok siebie człowieka, a pusty fotel. Im więcej pustych foteli tym lepiej - można by pomyśleć. Bo więcej miejsca. Tylko dla kogo? Skoro i tak nikt prawie na nich nie jedzie. Siedzenia dla duchów - puste. I ty - spieszący się gdzieś jak wszyscy, którzy wysiedli przed tobą.
      Największy problem pojawia się wtedy, gdy jechać nie możesz. Nie możesz się spieszyć, ponieważ nie masz już czym. Autobus, czy tramwaj nie przyjeżdża o czasie, nie przyjeżdża też następny. Ty - stoisz. Stoisz zdenerwowany, bo ktoś odebrał ci twój pośpiech, który był przecież tak ważny. Kto i dlaczego ?

"Jana Pawła II, człowiek wpadł pod tramwaj"

      Aha. No cóż. Zdarza się. Ale, czy musiał wpadać akurat dzisiaj? Akurat teraz? Akurat na mojej trasie? Ten człowiek nie ma chyba wyobraźni. Miał. I chyba jej nie miał. Bo wpadł, a przecież wszystkim się spieszy. Potrzebny jest teraz dźwig, by podnieść ten tramwaj. "Polecamy wsiadać w autobusy".
      I znowu spiesząc się wsiadamy. Jedziemy trzymając się, czego popadnie. Nie patrząc w oczy.

Pan, czy Pani...
A tamten człowiek?
Jaki człowiek?
Czytaj więcej »
on listopada 21, 2019 0
Podziel się!
Etykiety:
Człowiek-Świat
Nowsze posty
Starsze posty

listopada 01, 2019

Życie to nie tylko praca domowa


" Z czym chciałbyś zdążyć przed śmiercią? Nie masz listy celów do osiągnięcia,
zanim kopniesz w kalendarz? Zastanów się: czego chciałbyś doświadczyć,
spróbować, zaznać, zanim umrzesz? Taki spis to przeciwieństwo pracy domowej."

~ Regina Brett "Mów własnym głosem"

      Ostatnio trochę chorowałam. Nie na katar i gardło, ale też nie tak żeby zacząć się bać o następny dzień. Jednak chodzenie po lekarzach i laboratoriach, dieta, i testy, mają w sobie coś takiego, że postanawiasz trochę bardziej o siebie zadbać. W tym o to, jak wygląda twoje życie. Bo życie, to nie tylko praca domowa, którą musimy odrobić. To śmiech i łzy, doświadczenia, i przygody. To zabawa, jeśli tylko sobie na nią pozwolimy, nawet w tych dniach, gdy pozornie nie mamy na nią czasu.
Czasem myślę sobie, że moja lista celów jest tak długa i nierealna, że braknie mi życia, żeby zrealizować je wszystkie. Ale przecież od tego mam czas, żeby próbować. 
      Zawsze chciałam zdać dobrze maturę, mieć psa, pojechać do Rzymu, czy zakochać się bez pamięci. To ostatnie udało mi się wyjątkowo dobrze. Spróbowałam też pracy w bibliotece, pomogłam paru osobom i dostałam się na wymarzone studia, choć nie takie, o jakich marzyłam w pierwszej chwili. Mam wspaniałą rodzinę, prawdziwą przyjaciółkę i wreszcie mam z kim chodzić do kina, i kogo przytulać w nocy. Wydałam pierwszą książkę, skrupulatnie prowadzę bloga. Ale marzę jeszcze o tylu rzeczach... 

      Chciałabym skończyć studia, również te dziennikarskie. Spróbować pracy w gazecie, bądź w radiu. Rozwijać swój warsztat, wydać kolejne książki, pisać częściej i mieć więcej czasu na wymyślanie coraz to lepszych historii. Chcę również nakręcić swój własny film, napisać scenariusz, albo piosenkę. Wydać tomik wierszy lub opowiadań. Podszkolić się w malowaniu, grze na harmonijce ustnej oraz w jeździe na deskorolce. Chciałabym nauczyć się tańczyć jakiś klasyczny taniec, poznać parę kroków baletowych, zaśpiewać na żywo, zacząć czytać komiksy i nadrobić filmowe klasyki. 
Marzę o wyprawie na Islandię, o zwiedzaniu Pragi, o spotkaniu lamy na żywo i możliwości pogłaskania jej. Zobaczeniu muzeum Van Gogha, albo Sherlocka Holmesa, podziwianiu starożytnej mumii i szkieletu olbrzymiego dinozaura. O spaniu pod gwiazdami, tańcu w deszczu, skakaniu po kałużach z przezroczysta parasolką, tak bym mogła widzieć spadające krople oraz o wędkowaniu. 
Chcę nauczyć się włoskiego, spróbować swoich sił w pływaniu i zasmakować kuchni meksykańskiej, lub indyjskiej. Spędzić letni dzień na leżeniu na łące i patrzeniu na chmury, polecieć balonem, albo nadać imię gwieździe. Chciałabym odwiedzić plan filmowy, zrobić sobie tatuaż, uratować psa ze schroniska i dać mu nowy dom. Właśnie dom... 
Marzę o pięknym ślubie, dzieciach i starym domku na wsi, który będę mogła odremontować. O własnym zacisznym miejscu, spokojnej pracy, rodzinnym cieple i własnej bibliotece z ogromnym globusem, i jeżdżącymi dorabiani. Również o tym, by już zawsze budzić się i zasypiać obok mojego męża. Chcę być odważniejsza, mieć więcej cierpliwości, nie przejmować się pierdołami i mniej stresować. Nie zapominać o tylu rzeczach, udzielać dobrych rad oraz pomagać. Chciałabym spędzać więcej wieczorów pod kocem i z kubkiem gorącej czekolady. Częściej piec ciasteczka, dbać o siebie, zdrowiej się odżywiać i częściej badać. 
Na prezent poproszę ciepły szalik, bilet na festiwal filmowy, lub spotkanie autorskie (szczególnie z Brandonem Mullem, albo Reginą Brett). Zabierzcie mnie na musical, operę, balet, czy też do planetarium. Marzę o wielu romantycznych wieczorach, zwiedzaniu Zamku Czocha oraz o hamaku w którym mogłabym czytać, również klasyki, jak Tołstoj, albo Jane Austin. Chcę przeczytać wszystkie książki Agaty Christie, obejrzeć wszystkie filmy Wesa Andersona i wymazać z pamięci piątą część "Piratów z Karaibów". Chciałabym organizować ogniska w ogrodzie, by móc opowiadać na nich historie. Spróbować swoich sił w Masterchefie, mieć najładniejszą sukienkę na imprezie, albo kupić sobie ładną bieliznę i chodzić w niej cały dzień po domu. 

      Moim marzeniem jest życie, które zamiast nudy, ma wiele przygód i niespodzianek. Które nie gna jak pociąg pośpieszny i ma dla mnie zaplanowane chwile wytchnienia. Chcę życia, którym mogłabym się cieszyć oraz dzięki któremu będę uśmiechać się każdego dnia. Życia wypełnionego przez bliskich i ukochanych. Ale też pełnego pragnień. Takich do spełnienia...
Czytaj więcej »
on listopada 01, 2019 0
Podziel się!
Etykiety:
Dziennik wariata, Rzeczy ważne
Nowsze posty
Starsze posty

października 31, 2019

Joker którego mi żal


      Jakiś czas temu byłam na filmie Todda Phillipsa. Poszłam, bo wszyscy mówili "Joker jest dobry". Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak dobry. Bo tym razem, nie jest to opowieść o szalonym psychopacie, mordującym przypadkowe osoby napotkane na ulicy, który ścigany przez faceta w czarnym trykocie, ostatecznie przegrywa swoją makabryczną wojnę. Todd Phillips opowiada nam historię człowieka pokonanego przez własną chorobę, wykluczonego i samotnego. Bez przeszłości i bez przyszłości. Człowieka, który zwariował niejako przez społeczeństwo, który zabija nieprzypadkowe osoby w metrze i który będąc ścigany przez własne szaleństwo, stał się gdzieś tam po drodze symbolem. Bohaterem. Nie dla bogatych i potężnych, ale właśnie dla tych, którzy nie mają nic, prócz woli przeżycia.
      Zanim wybrałam się do kina słyszałam wiele relacji, o tym jak ludzie rozczarowani, lub przerażeni wychodzą z kina. Oczekując typowego blockbustera część z nas zapomniała, że Joker to też człowiek i że nawet miał kiedyś imię. Artur - bo tak nazywa się główny bohater dramatu psychologicznego Phillipsa, zafascynował mnie od pierwszego wejrzenia. Joaquin Phoenix, którego widziałam już wcześniej w "Nigdy cię tu nie było", i który wówczas był rosłym i barczystym mężczyzną, przeraził mnie swoją posturą, tym razem chudą i kościstą. Został Jokerem nawet poprzez wagę, tworząc obraz wynędzniałego człowieka. Zagrał tak, jakby sam zwariował. Jakby pewnego dnia zagubił się w swojej roli. Genialnie.
      I mimo, że mamy tu do czynienia z pewnym originem, znanej i wiele razy przetrawionej przez popkulturę postaci, to mój Joker... Joker Phoenixa. Joker którego mi żal, skłania nas do myślenia.
Do zastanowienia się nad tym, że gdzieś tam w świecie, też są takie osoby, samotne i wykluczone. Cierpiące na tę samą, dziwaczną chorobę, która więzi śmiech w ich gardłach i nie pozwala przestać chichotać, nawet gdy mają ochotę płakać. Osoby, które malują twarze i walczą o podstawowe warunki do życia. Jak w Chile, Hongkongu czy Libanie. I nikt nie słyszy o tym w wiadomościach, ani w radiu. Nikt nie stara się pomóc. Codzienni mijamy to wszystko, niczego nie zauważając.
      Do czasu, aż ktoś nie pomaluje twarzy na biało, nie pofarbuje włosów na zielono i nie przyklei sobie sztucznego uśmiechu.
Dopiero wtedy niektóre maski stają się prawdziwe.
Czytaj więcej »
on października 31, 2019 0
Podziel się!
Etykiety:
Człowiek-Świat
Nowsze posty
Starsze posty
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Posty (Atom)

Polecany post

Joker którego mi żal

Popularne posty

  • Masz dokładnie 24h na to, by uratować świat!
    TAK. Mówię serio i nie, nie oglądaj się za siebie w poszukiwaniu innej osoby, do której mogłabym kierować te słowa. Bo chodzi mi właśnie...
  • Kwestia lat
          Dla tych, którzy kiedyś się zastanawiali... Kończąc 21 lat nadal czujesz się jak wtedy, gdy masz 20. Nikt nie daje ci tyle ile masz...
  • "Jana Pawła II, człowiek wpadł pod tramwaj"
            Z komunikacją miejską jest tak, że my idziemy. Idziemy dość szybko. Na tyle szybko, by nie rozglądać się na boki, nie oglądać s...

Archive

Szukaj na tym blogu

Łączna liczba wyświetleń

Etykiety

10 powodów co ja czytam Człowiek-Świat Dziennik wariata Magiczne słowa matura 2.18 Prywatne kręgi piekła Rzeczy ważne Srebrny Ekran tryptyk Warsztaty

Zgłoś nadużycie

Tags

10 powodów co ja czytam Człowiek-Świat Dziennik wariata Magiczne słowa matura 2.18 Prywatne kręgi piekła Rzeczy ważne Srebrny Ekran tryptyk Warsztaty
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Cierpliwość ze stali. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.