Jeśli czytacie mnie troszkę dłużej to wiecie, że z dorosłością mam trochę niezbyt po drodze i podchodzę do niej jak pies do jeża. Nie dlatego, że za każdym razem chłosta mnie odpowiedzialnością, ale raczej z tego powodu, iż stawia takie dość wysokie poprzeczki, o które ludzie będący interpersonalnymi ziemniakami się potykają. No i to zawsze jestem ja.
      Ostatnio na przykład szukałam sobie mieszkania. Ale nie byle jakiego. Bo tak się składa, że jest to pierwsze wspólne mieszkanie moje i mojego męża. A to już coś i niech nikt mi nie mówi, że nie, bo wtedy to ja go wychłoszczę. No więc szukam i szukam, czegoś co nie wymagałoby od nas zarobków na poziomie Tonego Starka, a jednocześnie nie było komórką pod schodami w domu Dursley'ów. Oczywiście, byłam świadoma, iż poszukiwania takie nie należą do najłatwiejszych, ale nie miałam pojęcia, że jak dzwonisz do człowieka, co to wystawia ogłoszenie o wynajmie, to on może mieć pretensje, że w ogóle dzwonisz. Niestety tak było. I ja już stwierdziła, że jestem jak taka pływająca w garnku połówka ziemniaka, co to ją co chwilę ktoś kłuje widelcem, żeby sprawdzić, czy aby na pewno jest przygotowana na dorosłe życie. Otóż jak widać nie. Na szczęście w tę otchłań nieszczęścia i beznadziei wkroczył mój tata i postanowił wykonać kilka telefonów.
      Telefony skończyły się dobrze. Na tyle dobrze, że już prawie, prawie mogę się pochwalić nowym mieszkankiem i statusem Psiopolanina. Ale nie zapeszajmy na razie. Na oficjalną parapetówkę zaproszenia będę rozsyłać dopiero we wrześniu. Na razie czuję ulgę. Związaną przede wszystkim z tym, że nie muszę już więcej dzwonić po obcych ludziach. Ale również dlatego, że nareszcie będę mogła zamieszkać we własnych czterech ścianach, z człowiekiem z którym chciałam zamieszkać najbardziej na świecie już od dłuższego czasu. I który nie zostawia skarpetek na podłodze, a to dość istotne. 
      Przed nami kompletowanie wyposażenia, naprawa odkurzacza i selekcja moich pluszowych rezydentów, bo niestety nie wszystkie pluszaki mieszczą się na dwudziestu ośmiu metrach kwadratowych. A i jeszcze ogłoszenia dnia! W tym roku zamiast blendera dostałam mikser na nową drogę życia. 
      Od mojej teściowej. Ale to innym razem...

Brak komentarzy: